RSS
sobota, 16 września 2017
SZUM O FAS

Zamieszanie spowodowane przez propozycję Rzecznika Praw Dziecka dotyczącą stworzenia możliwości prawnej ochrony płodu, w szczególności w związku z piciem przez matki, a właściwie przyszłe matki alkoholu pokazuje jak trudny jest to problem i jak bardzo jesteśmy zantagonizowani i zideologizowani.

Problem, który leży u podłoża pomysłu Marka Michalaka to tysiące dzieci rodzących się, co roku z FAS, to znaczy dokładnie dziewięć tysięcy. Czy to dużo? To około dwóch procent, jedno dziecko na pięćdziesiąt. Czyli w średniej podstawówce w roczniku może być dwoje takich dzieci, czasem mniej czasem więcej.

Czym jest FAS? To ograniczenie zdolności intelektualnych, czasem graniczne – dorosły z FAS jest w stanie rozwinąć się do możliwości kilkuletniego dziecka, pisanie i czytanie jest powyżej możliwości. Czasem zaburzenie jest mniejsze, ale zawsze ogranicza możliwości rozwojowe a w efekcie szanse życiowe dziecka.

Jak jest w sytuacji, kiedy alkohol w nadmiarze pojawia się w rodzinie, w której jest dziecko czy nawet nie ma go a są inni dorośli? Istnieje możliwość wszczęcia procedury motywowania do podjęcia terapii a z czasem sądowy przymus podjęcia takiego leczenia, z tym, że po pierwsze jest to procedura czasochłonna, a po drugie mało skuteczna. W przypadku ciąży i dziecka jest to kwestia czasu, jest go niewiele, bo szkody następują błyskawicznie.

Czy więc jeśli ktoś – pracownik socjalny, lekarz, sąsiad widzi, że przyszła matka kolejne dni naraża swoje przyszłe dziecko na poważne szkody nie należy wprowadzić jakichś możliwości ograniczania szkód? Najprawdopodobniej, w jakim procencie przypadków takie działanie było by zasadne. Tyle, że potrzebna jest do tego jasna procedura.

Poza wszystkim w przypadku części ciężarnych znalezienie się w zdrowym środowisku, dobrych warunkach, z pomocą psychologiczną pomoże zmienić życia i dziecka i matki. Może warto zastanowić się nad sensowną procedurą i choćby pilotażowo stworzyć dom dla przyszłych matek z trudnych środowisk.

Jasne, podstawą jest edukacja, rozmawianie, ograniczanie szkód. Trzeba jednak pamiętać, że najczęściej jesteśmy w pełni świadomi zagrożeń, ale mimo wszystko podejmujemy działania.

Dwa celne strzały Rzecznika, jeden z stopę, drugi w kolano.

W stopę to wrzucenie do jednego worka alkoholu i innych narkotyków. Jakoś tak jest, że znacznie większe szkody niesie ze sobą picie alkoholu niż używanie narkotyków. FAS jest powodowany przez picie alkoholu, nie branie narkotyków. Czemu więc w projekcie także narkotyki? Jasne, kiedy matka rodzi będąc w uzależnieniu od heroiny, dziecko ma zespół odstawienny, jednak szkody dziecka są mniejsze. Nie mówię tu o innych narkotykach, w których przypadku szkody są, ale niewiele większe od tych, które powoduje zła dieta czy farbowanie włosów. Narkofobia kłania się raz jeszcze.

Strzałem w kolano jest język projektu – nienarodzone dziecko, jego adwokat to brzmi jak w przypadku głęboko, oszołomskich projektów katolibańskich. Trochę jak by poważny urzędnik nie wiedział, w jakim czasie i świecie się znajduje.

I poza wszystkim, krótka rozmowa w moim ulubionym radio uświadomiła mi jak trudny jest to problem. Otóż terapeuta uzależnień twierdził, że jednym ze sposobów ograniczenia szkód wynikających z FAS jest ograniczenie picia alkoholu przez ojców. Jasne edukacja, psychoedukacja, tworzenie nawyków, może zmniejszyć wzrost liczby osób pijących ryzykownie i szkodliwie a także uzależnionych i w efekcie przypadków FAS. Ale tu i teraz jest wiele młodych kobiet, które przeszły już przez czas, w którym można było na nie w ten sposób wpływać i trzeba jakoś ratować ich dzieci. I w takich przypadkach picie ojca ma się już nijak do przyszłego FAS dziecka.

11:37, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 września 2017
KAGANIEC NA GMINY

Do napisania tego wpisu przymierzałem się od miesięcy. Wszystko jest niby jasne, ale jakoś tak trudno ubrać to w słowa. Dwa lata temu MONAR opublikował list wzywający między innymi do racjonalizacji wydatków na profilaktykę i terapię. Jak taką propozycję ubrać w ciało?

Większość środków na profilaktykę wydatkowane jest przez gminy, ze środków z opłat detalicznych sprzedawców alkoholu. Mogę to oszacować na około 80 milionów złotych. Jak te środki są wydatkowane. Gdyby dokładnie przejrzeć rejestry umów można znaleźć cuda. Na przykład sterylizację kotów czy wycieczki autokarowe. Jeśli nawet wszystko wydaje się sensowne, jeśli przyjrzeć się dokładniej okazuje się, że niekoniecznie jest.

Szkolenia dla członków komisji antyalkoholowych. Koszt rzędu tysiąca złotych za osobę za kilka dni. Kiedy dzwoni osoba przedstawiająca szkolenie mówi, jaki są atrakcje – kolacja w góralskiej chacie, przejazd bryczkami, uroczyste kolacje. Być może jest jakiś wykład, jak się dopytać to coś na ten temat powie. Gmina płaci za fajny wyjazd dla prominentnych osób, taki benefit.

Zajęcia dla dzieci –bez ewaluacji, dla mniej biegłych, nie wiadomo czy dają jakiekolwiek efekty, firmy życzą sobie za nie opłaty rzędu 400 zł za godzinę, kiedy w taryfikatorze KBPN jest tu górna granica 80. Albo z innej beczki, w świetlicy socjoterapeutycznej prowadzono w sposób wzorowy dokumentację. Do rozliczenia dotacji potrzebne były listy obecności dzieci i odpowiednia ich liczba. W tej świetlicy podczas kontroli w październiku okazało się, że wychowawcy wiedzą już ile dzieci będzie w grudniu a akurat przypadkiem, przed chwilą, wyszło dziewięć z jedenastu dzieci znajdujących się na liście na ten konkretny dzień.

Różne atrakcje jak koncert profilaktyczny, festyn, wyjazd na jakąś atrakcję. I pokażę pewien dylemat. Jest akcja promowana przez policję PaT. Samo wydarzenie sensowne, choć za bardzo postawione na PR niż rzetelną pracę. Przystanek PaT w gminie to około 35 tysięcy. I tu pojawia się pytanie – czy lepiej wydać te pieniądze na spotkanie młodzieży z różnych miejscowości o nieznanym efekcie czy na przykład na 350 do 400 godzin konsultacji z psychologiem? Z mojego punktu widzenia sprawa jest jasna, lepsza jest szeroko pojęta psychoedukacja i pomoc psychologiczna.

Co więc można? Można przygotować szablon działań pomocowych składający się z form akceptowalnych, takich jak pomoc psychologiczna, prawna, psychoedukacja z odpowiednimi taryfikatorami (koszt godziny zajęć nie większy niż). Propozycje ewaluacji i przewidywania efektów działań. A więc jeśli organizowany jest wyjazd, to jedynie w przypadku, kiedy jego trzonem jest psychoedukacja. Określenie, za co można płacić przy okazji na przykład szkoleń, tak, żeby gmina płaciła za wykłady a nie wycieczki. Określenie, jaką część ze środków można przeznaczyć na festyny. Czy wreszcie ustalenie, że zgodnie z wytycznymi PARPy niewłaściwe jest opłacanie przez gminę pracy w stowarzyszeniach i trzeźwościowych nie powinna być opłacana przez gminy.

I żeby wszystko to nie było pustym gadaniem przekazać do RIO (Regionalnych Izb Obrachunkowych) jako wskazówka do oceny legalności wydatków. Wtedy gminy będą musiały wydawać środki rzeczywiście na przeciwdziałanie uzależnieniom a nie na sterylizacje kotów, wycieczki dla znajomych i pogłębianie patologii.



16:07, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 sierpnia 2017
TA STRASZNA MARIHUANINA

Dwie świeże informacje o marihuanie, w jakimś stopniu pobudziły mnie do refleksji. Jedna pojawiła się w mediach drugą podał znany terapeuta. Popatrzmy.

Ten drugi to wyniki wieloletnich podłużnych badań prowadzonych w Stanach Zjednoczonych. Wynika z nich, że użytkownicy marihuany w porównaniu z osobami nie korzystającymi z tej używki mają niższe IQ. Badanie metodycznie bez zastrzeżeń. Pojawia się pytanie i co z tego?

Wiele aktywności podejmowanych przez człowieka jest związanych z różnymi szkodami. Tak jest z używaniem narkotyków, piciem alkoholu czy sportem, także amatorskim. Robimy wiele rzeczy, które sprawiają nam przyjemność mimo pełnej świadomości, że jakoś nam to szkodzi. Czym więc jest obniżenie IQ? Z całą pewnością czymś co wiele osób jest w stanie zaakceptować, a wiele wyprzeć. Pomijam fakt, że nawet spory spadek IQ i tak pozostanie często niezauważony, zwyczajnie wiele osób  nie korzysta ze swojego intelektu.

Fakt drugi, medialny. Dziewczyna paliła coś, co uważała za marihuanę i znalazła się na ostrym dyżurze, w zapaści. Jak znam życie z marihuaną to wiele wspólnego nie miało, jeden z wielu sprzedawanych jako zioło dopalaczy. Zezłościło mnie dramatycznie wmawianie, że to na pewno skun, że ten skun to jest strasznie straszny i że to jak żywność genetycznie modyfikowana.

Skun to zmodyfikowana marihuana. Najważniejszym i najsilniejszym składnikiem psychoaktywnym jest w niej THC. A po THC zapaści, zatruć ze skutkiem śmiertelnym nie ma. Takie wciskanie pod publiczkę kitu przynosi szkody.

Jasne, to już nie ta dawna marihuana co miała maks 4,5% THC. Przynosi więcej szkód bo silnie działa na emocje, daje szybciej i większą gratyfikację. Jasne ciasteczka z marihuaną to nie są delicje szampańskie i silniej nas zaburzają. Ale mieszanie zioła, choćby nie wiem jak mocnego z Mocarzem to brednie.

Wypada raczej powiedzieć – popatrz, nigdy nie wiesz co bierzesz, to, że diler mówi ci że to marihuana to rzadko prawda, mimo, że sam często w to wierzy. Może przy okazji warto zastanowić się nad depenalizacją posiadania klasycznych narkotyków, żeby handel dopalaczami przestał się opłacać.

Warto być uczciwym.

 

12:40, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 sierpnia 2017
POGADAĆ PRZY PIWIE

Jeden tekst w stołecznym dodatku do Wyborczej na tyle mnie ruszył, że zamiast pisać to, co pisać teraz powinienem polecę z tematem. Rzecz o „partyworkerach” z Narkopolityki. Po przeczytaniu tekstu i jego przetrawieniu przypomniał mi się jeden z moich wykładowców. Zadał pytanie czy lepiej jest uczyć źle czy nie uczyć w ogóle. Trawestując, nie wiem jak jest w praktyce, ale z tekstu wydaje mi się, że lepiej jest nie robić nic, bo jeśli jest tak jak opisała pani redaktor, to wzmiankowane działania przynoszą więcej szkody niż pożytku.

Redukcja szkód to ważny kierunek działań. W Warszawie jest świetnie prowadzony przez MONAR program partworkerów, są i streetworkerzy. To trudne działania i wymagające stałej ogromnej koncentracji. Czemu młodociana redaktorka Stołecznej opisała akurat wolontariuszy z Narkopolityki nie wiem. Podejrzewam, że spotkała ich w jakimś klubie i zapadli jej w pamięć. Mogę zgadywać.

Co mnie wkurzyło? Brak, skrajny brak profesjonalizmu. Pomoc polegająca na potrzymaniu kogoś w kocu, sorki, czasem trzeba udzielić pierwszej pomocy, pracownicy z MONARu są jednocześnie po przeszkoleniu w ratownictwie medycznym, mają magiczną ratowniczą walizeczkę i jeśli trzeba fachowo udzielają pierwszej pomocy. Są trzeźwi (wyobraźmy sobie podobny standard w innej dziedzinie – pan doktor może wypić dwa piwa w czasie dyżuru, bo musi być przytomny). Interwencje to także okazje do przyjrzenia się głębiej człowiekowi. Może już czas żeby zaczął coś ze sobą zrobić. Czasem tacy ludzie po taką pomoc idą do profesjonalnych partyworkerów. Ci mogą wtedy przekserować człowieka do poradni czy wręcz umówić się z nimi i iść tam.

Jeżeli opis z tekstu jest wierny to nie są to partyworkerzy a grupa znajomych, którzy lubią sobie przy piwie pogadać o dragach w klubie. I to robią. Szkoda, że wiąże się to czasem ze szkodą dla innych.

Jak to było? Primo non nocere.



11:06, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 sierpnia 2017
BEZRADNOŚĆ

Od jakiegoś czasu chodziła za mną potrzeba napisania o systemowej dziurze, ale najpierw taki drobiażdżek.

Ten obrazek wraca do mnie, czy może siedzi gdzieś głęboko. Mam wrażenie, że każdy pracujący w branży czasem tak ma. Ważne jest tu określenie pracujący a nie chodzący do pracy. To coś, co uczy pokory, pokazuje, ograniczone możliwości naszych działań.

Obrazek z sieciowej kawiarni w centrum Warszawy. Wchodzi mama z córką, lat na oko szesnaście, ale w stanie, w jakim jest trudno ocenić wiek. Ręce takie, że cztery spokojnie objąłbym jedną ręką. Nie żebym miał długie palce, ale oceniając wagę przy wzroście około 165 waga to około 35 kg. Widać, że to anoreksja. Słychać także.

Dziewczyna pyta o coś do picia, początku rozmowy nie słyszę. Pytanie o lemoniadę, czy jest słodzona? Po kilku takich pytaniach staje na wodzie. Zastanawiam się nad tym czy matka jest świadoma. Czy w takim razie nie jest tak, że przy pełnej wiedzy pozostaje bezradna? Paskudne uczucie – patrzeć na powolne umieranie dziecka. Gdzieś w środku czuję impuls – wstać, podejść, choćby przez chwilę pogadać. Może taki impuls z zewnątrz podziała. Siedzę i patrzę jak wychodzą czując kompletną bezradność.

Wraca ileś takich obrazków. Dziewczyna przy stacji WKDki, kiedy jeszcze tam był bajzel. Nieźle ubrana, z taką jasną twarzą, siedząca pod ścianą i powoli się po niej osuwająca. Chłopak ewidentnie pod wpływem jadący tramwajem, trochę się kiwa i prowadzi w myślach burzliwą rozmowę – widać po mimice i gestykulacji. Mężczyzna w średnim wieku, wyraźnie inteligencka twarz siedzący albo przysypiający na ławce w centrum. Te wszystkie sytuacje, kiedy widziałem kogoś, kto ewidentnie potrzebował pomocy a jej udzielenie było poza moimi możliwościami.



06:50, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 maja 2017
PSEUDO QUASI

Się niewinnej ostatnio ode mnie dostało. A było tak:

W przerwie podeszła do mnie sympatyczna pani nauczycielka i stwierdziła, że lepiej żeby jakoś wyraźniej powiedział, że narkotyki są złe i uzależniają, bo jak tak mówię to ktoś może uznać, że można ich spróbować. Tu okazało się, że refleks mam typowo schodowy, to znaczy Ona mi powiedziała we wtorek a ja się zorientowałem, co powinienem powiedzieć po dwóch dniach.

Otóż zapytałem

- I co wtedy (w sensie jak ktoś spróbuje)?

- No może się uzależnić.

I tu zaczęła się dłuższa dyskusja czy może nie warto korzystać z facebooka, bo też uzależnia i na koniec w przebłysku jakże rzadkiego u mnie myślenia wróciłem do statystyk z USA gdzie okazało się, że ostry przekaz – „narkotyki albo śmierć – wybór należy do Ciebie” przynosi szkody – w miejscach, w których wiesza się plakaty z takim przekazem ludzie zaczynają częściej brać. Ale i ten argument nie dotarł. Wyszło, że lepiej jest szkodzić, niż powiedzieć, że po jednym kontakcie z narkotykiem nie musisz umrzeć.

Po czasie dotarło do mnie, co było rzeczywistą przyczyną irytacji. Otóż powtarzane przez pseudospecjalistów pierdy tak nie możesz robić, bo to może być zachętą do sięgania po narkotyki. Czyli lepiej, żeby młodzi brali w sposób bardziej zagrażający i umierali lub ponosili ciężki uszczerbek na zdrowiu niż spowodować, że być może, ale nie na pewno, chociaż jest to w pewnym sensie możliwe, że jakoś to ich skłoni do sięgnięcia po narkotyk.

Chujumuju dzikie węże. Ja poproszę o zmierzone badaniami potwierdzenie, że tak jest albo dziękuję za dyskusję. Bo życie i zdrowie ludzi jest ważniejsze niż lęki budzone takie przez takie teksty. Bo w wyniku ktoś może sięgnąć po narkotyk. No i?

No i jeśli ktoś ma uporządkowane życie to weźmie raz i drugi, ba może będzie brał latami od czasu do czasu, raz na jakiś czas, co dwa – trzy miesiące nic się nie stanie. Ludzie uzależniają się nie, dlatego, że biorą, biorą coraz częściej i uzależniają się, bo są elementy ich życia, które sprawiają im cierpienie. Patrząc na to w ten sposób odpowiedzialność za uzależnienie nastolatka spoczywa po kolei na jego rodzicach i dalszej rodzinie, na szkole, na miejscowości i państwie i dopiero wtedy na dilerze. Gdyby wszystko było OK by sobie biedaczek nie zarobił.



16:04, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 maja 2017
ŚMIERDZĄCY PROBLEM

Jak można ograniczyć poziom występującej w szkołach patologii? Okazuje się, że czasem potrzebna jest niewielka zmiana. Popatrzmy na przykładzie handlu narkotykami.

Dwa miejsca w szkołach, w których najczęściej pracują dilerzy? Szatnia i toaleta. Zacznijmy od rzadko dostrzeganego faktu – dilerami w szkołach są uczniowie. Bo kto inny może niezauważony kręcić się po szkole? A gdzie mogą czuć się w miarę bezpieczni? No właśnie w szatni i w toalecie.

Szatnia, jak wszyscy pamiętamy z czasów szkolnych to labirynt zakamarków, w którym można ukryć się w celu uniknięcia lekcji, na której mogę dostać kolejną jedynkę, mogę poszturchać nielubianego kolegę lub, co zdarzyło mi się przypadkiem kopnąć nauczyciela od matematyki (od tyłu wyglądał zupełnie jak kolega). To tam pomiędzy wiszącymi kurtkami, plecakami, workami dyskretnie z ręki do ręki wędrują zawiniątka w folii, maleńkie samary i banknoty.

No, ale gdzieś trzeba przecież te kurtki zostawiać> Przykładem do zastosowania jest ZS Gminnych nr 1 w Milanówku. Jest tam szatnia, taka jak nie przymierzając w teatrze. Jednocześnie obsługujące go osoby mają kontrolę, kto i po co wychodzi ze szkoły. Także, kto odbiera dziecko w przypadku klas I – III. Można?

A czemu tak bezpiecznie jest w toalecie? Ano nie ma tam monitoringu a jednocześnie jest jasne, że nie wejdzie tam nauczyciel. Toalety dla nauczycieli są osobne, wydzielone. Nie mam tu pewności, ale podejrzewam, że takie są przepisy sanitarne. A szkoda, bo dzięki temu, ktoś w kiblu spokojnie może sprzedać, wymienić, wymusić, wygolić brwi, albo zwyczajnie obsikać.

I wracamy do pytania jak to zmienić? Może wystarczy, jako „nauczycielską” oznaczyć jedną z szeregu kabin? Wtedy ktoś, kto ma „głupi” pomysł zastanowi się i nie będzie czuł się już aż tak bezpiecznie.

I jeszcze: monitoring niczego w tej dziedzinie na załatwi. Co najwyżej sprawi, że po fakcie możemy zobaczyć, co się działo? Zbawcza rola monitoringu to mit. Ograniczając obszar działania dilerów nie rozwiążemy problemów uzależnieni a od narkotyków, jedyne, co osiągniemy to obniżymy komfort związany z tą sferą. Ale po pierwsze przełoży się to także na inne patologiczne sytuacje a po drugie nawet, jeśli tylko temu obniżeniu ma to służyć to i tak warto.



10:40, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 maja 2017
PACANEUM

Wpadł mi w oko kawałek tekstu w magazynie Psychologia społeczna. Na więcej szkoda mi było czasu. Streszczając wyniki terapii uzależnienia od alkoholu są niewielkie i trudne do przewidzenia. Ale nic to, uczeni są w trakcie tworzenia enzymu, który skutecznie wyleczy z uzależnienia. I to w piśmie dla psychologów?

Gdyby tak mówili lekarze jakoś bym to zrozumiał, ale psycholog? Zacznijmy, uzależnienie to proces przebiegający w sferze uczuć, emocji, psychiki. Co stanie się, jeśli ktoś zacznie przyjmować lek całkowicie wykluczający powstawanie gratyfikacji, na poziomie fizjologicznym substancja nie działa? Ba może od razu taki, który zamiast gratyfikacji będzie dawał negatywne odczucia. Człowiek przestanie przyjmować substancję, to jasne, ale przyczyna, dla której potrzebna mu była ta a nie inna gratyfikacja nie zniknie. Z czasem znajdzie sobie inny sposób na uzyskiwanie podobnej gratyfikacji.

Czy w takim razie powinno się zrezygnować z farmakoterapii w leczeniu uzależnienia? Oczywiście nie. Leki, choćby takie, które powodują, że gratyfikacja nie jest odczuwana ułatwi przejście przez początek terapii będzie łatwiejszy. Szczególnie w przypadku terapii ambulatoryjnej. Tyle, że bez zmian w sferze umiejętności psychospołecznych leki nie wystarczą tu potrzebna jest praca własna. I o ile rezygnując z leków mam mniejsze szanse na wyjście z uzależnienia, ale nie są one zerowe, to w przypadku poprzestania na samych lekach zwyczajnie zmienię substancję lub zastąpię ją czynnością.

To, od czego wyszli autorzy tekstu jest faktem – leczenie alkoholizmu w Polsce ma dramatycznie niską skuteczność. Ale powodem tego jest fakt, że osoby zajmujące się alkoholizmem objaw, jakim jest szkodliwe picie alkoholu lub uzależnienie traktują, jako byt niezależny. Zajmują się nim jak był przyczyną choroby. Czyli pod tym względem nic ich nie różni od pomysłu na cudowny lek. Cudowny lek na uzależnienie to pacaneum a nie panaceum. Warto o tym pamiętać.



09:53, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 maja 2017
MARIHUANA I AGRESJA

Przez lata pewne zachowania przypisywano alkoholowi inne marihuanie. Pisząc wprost stwierdzano, że o ile alkohol wzmaga agresję to marihuana raczej takie zachowania osłabia. Na porządku dziennym było stwierdzenie – o ile bez obaw wchodzę między młodych ludzi palących marihuanę to miałbym obawy przed wejściem w grupę pijącą piwo. Czy nie czas na zweryfikowanie tej opinii?

Jasne, wiemy o tym jak na poziomie biologicznym działają alkohol i THC i jest jasne, że na poziomie czystego oddziaływania biologicznego w badaniach wychodzi, że częściej alkohol zwiększa szanse na pojawienie się agresji. Ale mam dziwne przekonanie, że wnioskowanie jedynie na podstawie reakcji na obrazki, a na tym w gruncie rzeczy polega badanie to za mało. Potrzebne są szersze badania ze statystyką częstości zdarzeń pojawiającej się agresji w związku z byciem pod wpływem. Dopiero to da pełny obraz.

Dwa pytania. Pierwsze – co w związku z tym, że bardzo często marihuana jest palona w towarzystwie alkoholu. Te dwa środki są łączone. Czy w takim razie, jeśli ktoś wypije kilka piw i zapali faję i zacznie zachowywać się agresywnie przypiszemy alkoholowi czy marihuanie?

Drugie – zdecydowanie zmienił się na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat skład konsumentów marihuany. W środowiskach, w których agresja jest na porządku dziennym także pali się marihuanę. Może się, więc okazać, że w takich grupach agresja po zapalenia marihuany jest częstsze niż bez palenia, choć oczywiście rzadsze niż po alkoholu.

I jeszcze – coraz więcej jest doniesień o tym, że współczesna marihuana zawiera więcej THC w stosunku, do CBD a to ta druga substancja zmniejsza ryzyko wszelakich zaburzeń. Czy podobnie może być w przypadku szeroko pojętej agresji? No i poza tym czy tak łatwo w Polsce kupić marihuanę, czystą marihuanę?



09:06, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 kwietnia 2017
WRÓŻKA NA WIELORYBIE

Powtarzają się kolejne razy ostrzeżenia a to przed Niebieskim Wielorybem, a to przed Wróżką Ognia. Pytanie, jaki to ma sens, jakie mogą być efekty. W szumie, jaki słychać ucieka to, co najważniejsze.

Najpierw był Wieloryb. Nawet w miarę sensowne media opisywały przypadki samobójstw w Rosji szacując ich liczbę na ponad 100. Faktem jest, że ileś takich przypadków było, wszystkie w podobnym schemacie i łączone z grą. O grach pisał także MEN alarmując w ten sposób szkoły.

Wyjaśnijmy najpierw: nie wszystko, co pojawia się na ekranie po włączeniu komputera to gra. Gra komputerowa to program tworzący środowisko, w którym można to czy tamto. To znaczy układać pasjansa, grać w pokera, uprawiać seks czy mordować kogoś piłą łańcuchową. Nie było, więc oddziaływanie w ramach Płetwala Błękitnego grą, raczej rodzajem manipulacji, bardzo prawdopodobne gdzieś na granicy cyberprzemocy.

Podobnie jest w Ogniową Wróżką, nie ma ona z grami komputerowymi zbyt wiele wspólnego. Wszyscy wiedzą, ale tak na wszelki wypadek przypomnę. Wieloryb w oryginale wyglądał w ten sposób, że nastolatek dostawał kolejne zadania, z których ostatnim było popełnienie samobójstwa. Przy czym system funkcjonował tak, że nie każdy mógł znaleźć się w kręgu, w którym nakłaniano do samookaleczeń. Taki wentyl bezpieczeństwa. W przypadku Wróżki Ognia dziecko dostaje informację, że jeśli odkręci nocą gaz w kuchni zmieni się właśnie we wróżkę.

To dwa osobne, ale i podobne przypadki. Pierwszy adresowany do nastolatków, które nie radzą sobie ze sobą, drugi dla dzieci, góra kilkuletnich. Łączy je to, że do życia w Polsce powołały je media. Gdyby informacje nie były powielane nikt by się tym nie zainteresował, nie pojawiłyby się pomysły, żeby wykorzystać modę. Dodajmy, nasza wersja Wieloryba jest dramatycznie tandetna. Zaczynanie tego rodzaju manipulacji od samookaleczenia to błąd.

Ale cały ten szum jest okazją, żeby przypomnieć kilka ważnych rzeczy. Zaczynając od wróżki, jeśli kilkulatek samodzielnie buszuje w Internecie, ma możliwość kontaktowania się z nieznajomym znaczy to dokładnie tyle, że rodzice nie zadbali o podstawy bezpieczeństwa. A Wieloryb? Zdrowy nastolatek żyjący w miarę satysfakcjonująco nie podda się takim manipulacjom. Mam wrażenie, że nastolatka z Milanówka jest ofiarą nie tyle Płetwala, co mediów, które się tym ssakiem emocjonowały. One sprawiły, że w ruch poszło ostre narzędzie. Z drugiej strony bardzo możliwe, że tak czy inaczej doszłoby do jakiegoś rodzaju autoagresji. I to także leży po stronie rodziców. Ale także szkoły, która niestety nie radzi sobie z wyłapywaniem młodych ludzi w złym stanie i udzielaniem im później pomocy. A przypadków depresji wśród dzieci i młodzieży jest coraz więcej i pojawiają się coraz wcześniej.

A więc to nie wróżki czy wieloryby są zagrożeniem, ale brak opieki, relacji pomiędzy rodzicami a dziećmi.

I drugie, nie idę tak daleko w ocenianiu mediów, żeby oskarżać je o to, że świadomie podnoszą sobie klikalność, w rzeczywistości generując problem. Chcę wierzyć, że robią to w przekonaniu, że taka informacja służy czemuś dobremu, ale warto zastanowić się, jakie będą widoczne efekty. I smutne, że po wpadce w Wielorybem, chwilę później wypłynęła wróżka. I mam przekonanie bliskie pewności, że znajdzie się jakiś młodociany psychopata, który tak dla żartu spróbuje wkręcić dzieciaka we wróżkę. Bo przeczytał o tym w sieci.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10