RSS
niedziela, 25 lutego 2018
OD SIEBIE

Przez chwilę zatrzymałem się nad tym, co jest ważne we wszelkich działaniach w związku z szeroko pojętymi uzależnieniami. Słysząc, czytając, co o tych działaniach piszą, osoby z przeróżnych obszarów, grup zajmujących się „walką z narkomanią” zastanawiam się, kiedy usłyszę jakiś rzeczywiście wyważony głos.

To niby truizm, każde używanie substancji jest związane z jakimś ryzykiem. To, jakie jest to ryzyko zależy od tego, kto, co i w jakich warunkach. To niby truizm, nie każdy, kto sięga po narkotyk to narkoman. Wielu, najprawdopodobniej zdecydowana większość z nich to użytkownicy, którzy uzależnieni nie są. Z zasady albo widać czy słychać pierwszy, albo drugi z tych głosów.

To, co dzieje się z człowiekiem czasie spotkania z narkotykiem zależy właśnie od tego, jaki człowiek i z jakim środkiem spotyka się. Przy czym każde spotkanie zmienia nas. Afrykańskie przysłowie mówi „nigdy nie słuch się tej samej bajki”. Każdorazowo usłyszana opowieść zmienia nas. Nigdy dwa razy ta sama osoba nie sięga o ten sam narkotyk. To, że przez siedem lat palenia marihuany nie sięgnąłem po nic mocniejszego ani nie uzależniłem się nie oznacza, że w ósmym roku nic się nie zmieni.

Według prognoz w 2030 roku chorobą numer jeden będzie depresja. Jaki ma to związek z częstotliwością sięgania po narkotyki i uzależniania się? Ano spory, bo z tych samych powodów, z których ludzie zapadają na depresję sięgają także po narkotyki, tym większe znaczenie ma dla nich gratyfikacja osiągana za ich pomocą, tym większe szanse na uzależnienie.

Co w takim razie wpływa na skuteczność działań pomocowych? Wszystko jedno w dziedzinie profilaktyki, terapii czy redukcji szkód? Człowiek, który z tą pomocą spieszy. Tak dokładniej jego wiedza, samoświadomość, świadomość własnej odpowiedzialności za to, co robi. To jak wiele od siebie w tej pracy wymaga czy oczekuje.

Tym, co jest istotne w pomaganiu innym to pokora. Z przerażeniem stwierdziłem, że wolontariusze prowadzący działania w ramach programu party workerów stawiają sobie wymagania niżej niż powinien sobie postawić dziadek klozetowy (w czasie pracy nie strzelę sobie nawet piwka). To, jaki jestem, jak wysoko stawiam sobie poprzeczkę, jak dobrze staram się robić to, co robię jest jednym ze wskaźników skuteczności.

Ważne jest podstawowe narzędzie używane przez nas w czasie pracy pedagogów ulicy – chęć bezinteresownego niesienia pomocy i życzliwość. W sumie także akceptacja dla, pardon, beneficjentów działań.

Ważna jest świadomość, że używanie jest w przypadku uzależnienia tylko objawem, że samo odstawienie narkotyku niczego w gruncie rzeczy nie zmieni i staje się tylko krokiem w kierunku kolejnego nawrotu choroby i rosnącej wobec niej bezradności. Że zakazanie posiadania narkotyków niczego nie zmieni, to znaczy zmieni, na gorsze. Będzie coraz więcej narkotyków, coraz bardziej groźnych, coraz więcej osób z podwójną diagnozą. Kiedy słyszę prominentnych działaczy organizacji zajmujących się narkomanią mówiących o zaostrzaniu kar zastanawiam się czy nie starają się zapewnić swojej organizacji klientów na lata.

Warto także mieć świadomość, że często ludzie używają okazjonalnie, i nie musi to być dla nich związane z ryzykiem uzależnienia, jest za to związane z ryzykiem wypadku, choroby, kolizji z prawem.

Co to znaczy dla mnie, jako dla pomagacza? Świadomość, że narkotyk, wszystko jedno alkohol czy inne narkotyki są jak młotek, mogą być groźne. Nie muszą. Że istnieją pewne zasady, które KAŻDY POMAGACZ stosować powinien. To jest trzeźwość, brak ocen dla wszelkich osób, które się przez jego obszar przewiną, zrozumienie kwestii związanych z używaniem i uzależnieniem. I starania w kierunku bycia jak najlepszym człowiekiem.

12:11, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 stycznia 2018
FILAR PIERWSZY

Tym, co powinno leżeć u podstaw wszelkich działań ukierunkowanych na przeciwdziałanie uzależnieniom jest profilaktyka. Profilaktyka, czyli tak właściwie, co? Gdzie kończy się profilaktyka a zaczyna terapia czy redukcja szkód? Czy profilaktyka powinna być ukierunkowana na zapobieganie uzależnienia czy też na przeciwdziałanie wszelkim szkodom wynikającym z używania substancji zmieniających świadomość?

Te pytania pokazują w jak skomplikowanych uniwersum się znajdujemy. Uniwersum, jakie fajne słowo, ale poważnie. Jeśli profilaktykę potraktujemy w kategoriach medycznych powinno być to przeciwdziałanie chorobie, czyli uzależnieniu. Ale jeśli patrzymy przez pryzmat medyczny i jeszcze holistyczny, w którym zdrowie to dobrostan organizmu powinno nas interesować jak zmienia się zdrowie pod wpływem pojedynczych kontaktów z substancjami uzależniającymi, bo pojedyncze kontakty także mogą wpływać na zdrowie, choćby poprzez podnoszenie ryzyka wypadków.

Co jest, zatem celem działań profilaktycznych?

  • Zmniejszenie liczby osób uzależnionych.
  • Zmniejszenie częstotliwości sięganie po narkotyki. Także legalne.
  • Podniesienie wieku inicjacji narkotykowej.
  • Zmiana stylu używania na mniej ryzykowny.
  • Tworzenie nawyków używania substancji w sposób, który generuje mniejsze zagrożenia dla otoczenia oraz osób sięgających po narkotyki.

Czy nie jest przypadkiem tak, że cele to są w jakiś sposób koherentne? Jeśli spojrzymy na przyczyny uzależnienia czy raczej na czynniki ryzyka uzależnienia okaże się, że z tych samych powodów, dla których ludzie się uzależniają, także częściej sięgają po substancje chemiczne o znaczeniu rozrywkowym. Jeśli więc zadbamy o dobrostan konkretnego człowieka, grupy, mniejszej lub większej z jednej strony zmniejszymy ryzyko uzależnienia z drugiej strony jednocześnie spowodujemy zmniejszenie częstotliwości sięgania po substancje. Przy czym warto pamiętać, że chodzi tu o sytuację widzianą z dwóch perspektyw – jeśli ktoś jest uzależniony to poza terapią zmiana stanu jego zdrowia może spowodować otworzenie się na pojęcie terapii. Temu służy szereg działań podnoszących, jakość życia, z drugiej w przypadku osób biorących a nieuzależnionych podniesienie, jakości życia zmniejsza ryzyko uzależnienia, ale jednocześnie także częstotliwość sięgania po narkotyk, co przecież wiąże się.

Co w takim razie można, warto robić? Wydaje się, że odpowiedź jest prosta: wszelkiego rodzaju psychoedukacja. Trudność polega na tym jak ocenić, które działania są warte ponoszonych przez samorząd czy szkołę środków? Jednym z wymogów jest ewaluacja, czyli ocena efektywności działań. Tyle, że z ewaluacją jest kilka problemów. Jednym jest to, że często nie jest to ewaluacja a „ewaluacja”. Osoba prowadząca zajęcia rozdaje na koniec ankiety, w których z zasady jest pytanie o oceny zajęć i tyle. Jakie są rzeczywiste efekty nie wiadomo. Drugim jest to jak różne rzeczy się podaje. Czytając szeroki opis renomowanego programu, chyba był to Noe, ale w każdym razie coś z tej półki znalazłem wykres pokazujący zmianę i w pierwszej chwili wydało mi się, że zmiana a była znacząca. Po uważnym przyjrzeniu okazało się, że „wycięto” kawałek wykresu i znaczący postęp to było między 3,4 a 3,6. Trzecim, najważniejszym i nierozwiązywalnym problemem jest znajomość efektów odłożonych. Czy rzeczywiście osoby, które przeszły przez ten program po trzech pięciu, dziesięciu latach będą prowadziły lepsze życie? Nawet gdyby znana była ta odpowiedź to zmiany społeczne będą na tyle znaczące, że program nie będzie już tak dobrze pracował. Musimy opierać się, więc badaniu zmian postaw.

Równie ważne jest, że nie mamy jednoznacznego standardu ani tego, co jest psychoedukacją a co nią nie jest. Efekt jest taki, że samorządy, wydają pieniądze na rzeczy nie tyle mało wartościowe, co bezwartościowe. I są ludzie, którzy znakomicie z ego żyją. Pisząc wprost, żyją z wyciągania z samorządów pieniędzy, które można by wydawać na działania wartościowe, przynoszące rzeczywistą zmianę. „Koncert profilaktyczny” to 30 – 40 godzin konsultacji psychologicznych czy prawnych, półtora raza tyle godzin poświęconych na nadrabianie zaległości edukacyjnych. Wyjazd na Niećpę 50, zorganizowanie Przystanku PaT między 300 a 400. A jaki jest efekt tego rodzaju działań? Czy ktokolwiek je ewaluował?

Te kilka zdań pokazuje patologię działań profilaktycznych, ich schematyczność. Wszystkie działania adresowane są do dzieci i młodzieży, jak gdyby nie było widać, jakie znaczenie ma na przykład wczesna edukacja rodziców czy przyszłych rodziców, wpływ na zachowania młodych dorosłych czy osób w sile wieku. Akcje typu „Przeciw pijanym kierowcom” polegające na wyciągnięciu dzieci ze szkoły i wręczaniu przez nich jabłek tym akurat, którzy okazali się trzeźwi widzę w kategoriach groteski a najważniejszym efektem tego rodzaju działań jest podniesienie zbytu na polskie jabłka oraz możliwości urwania się z kilku lekcji, co ma swoje znaczenie.

Jasne, dzieci są w szkole, zawsze można łatwo do nich dotrzeć i generalnie, w jakim celu ma ktoś sobie komplikować życie? Trochę mi się to rymuje z panią z GKRPA, która nie odróżniała populacji generalnej od populacji gimnazjalistów. Całe działania, przez lata kierowała do uczniów, więc miała prawo nie rozumieć, że jest jeszcze ktoś poza szkołami.

Generalnie problemem wydaje się być zbyt krótka kołderka. Terapeuci z ośrodków stacjonarnych chcieliby żeby jak najwięcej środków z działu narkomania szło na ich działalność, ci z poradni są przekonani o wyższości ich pracy nad resztą działań, profilaktycy chcą, żeby to na nich szło gros środków a ludzi od redukcji szkód nikt nie słucha, bo nikt nie traktuje ich działań serio, no i jest ich zbyt mało. Ale tak jest tylko pozornie, bo zupełnie inne są źródła finansowania. Za terapię w największym stopniu płaci NFZ a profilaktyka jest finansowana z ta zwanego korkowego, więc konflikt jest pozorny, jedne pieniądze są trójkątne a drugie sześciokątne i przełożyć się ich do innej kieszeni nie da.

W czy jest, więc problem? Ani KBPN ani PARPA nie przygotowała jasnego i oczywistego szablonu dla gmin, ale przede wszystkim dla RIO, które wydatki z funduszów jakoś pośrednio przez nich kontrolowanych są uzasadnione. Patologiczny jest także system programów rekomendowanych. Jeśli coś jest do wszystkiego, jest do niczego. Mamy, więc programy takie jak NOE, które poprawiają niektóre wskaźniki o 0,2 w pięciostopniowej skali, przynajmniej tak gdzie wszystko idzie super. Czy ten program pasuje do młodych ludzi w Warszawie, Grodzisku, i Kaskach? Każda z tych grup ma własną specyfikę, potrzeby, zasoby, mocne strony. To, co da znakomite efekty w LO im. Hoffmanowej może nie sprawdzić się w Zespole Szkół na ul. Mińskiej, nie mówiąc już o gimnazjum w Bieżunu. Dla każdej z tych szkól potrzebna jest swoista modyfikacja działania. Teoretycznie każdy z programów rekomendowanych prowadzi specjalnie przeszkolona osoba, czy jednak nie warto pomyśleć o specjalnym szkoleniu specjalistów od profilaktyki, tak jak w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wielu szkolono edukatorów HIV/AIDS. Osoby takie musiały najpierw zacząć edukować w tej dziedzinie, przechodziły przez szkolenie kończące się dwuetapowym egzaminem a certyfikat otrzymywały po przeprowadzeniu zajęć edukacyjnych wizytowanych przez specjalistę. Wydaje się, że warto nie tyle certyfikować programy, co specjalistów, szkoląc ich w taki sposób, żeby byli gotowi do podjęcia działań w różnych warunkach.

Patrząc na to jak wyrzucane są środki w założeniu przeznaczane na profilaktykę, mi3ewam ochotę zawołać – lepiej przeznaczmy je na terapię, czy zwyczajnie uznajmy, że lepiej jest wydać je na chodniki czy kwiatki. Wtedy pojawia się jakiś promyk sensowności i myśl, że dla tych kilku działań, pojedynczych osób, które otrzymały pomoc warto dać zarobić specjalistom od narkomańsko – alkoholicznego picu, wywalać na różne „Koncerty profilaktyczne” Niećpy, PaTy i szkolenia, na których się głównie je, zwiedza okoliczne atrakcje i konwersuje ze znajomymi z innej Komisji. Bo to tai świat, w którym pracuje się dla pojedynczej osoby.



14:22, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 stycznia 2018
FILAR DRUGI

Krok po kroku trzy filary pracy z uzależnieniami. Drugi, często traktowany po macoszemu, bo łączący się z niezrozumieniem tego, czym jest uzależnienie i jakie trudności skutki się z nim wiążą. Rzecz będzie o redukcji szkód.

Ale najpierw ogólnie, wszystkie działania: profilaktyka, redukcja szkód i terapia mają na celu zmniejszenie liczby osób sięgających po narkotyki, oraz częstotliwości i ilości narkotyków przyjmowanych przez te osoby. W przypadku dzieci i młodzieży celem jest także opóźnienie inicjacji narkotykowej.

Najpierw dwa słowa o tym, czym jest redukcja szkód i czemu jest taka ważna. Jest, to zbiór wszelkich działań mających na celu zmniejszenie szkód zdrowotnych emocjonalnych i społecznych związanych z przyjmowaniem substancji psychoaktywnych. W Polsce, ale i na świecie są to programy wymiany igieł i strzykawek, dawanie metadonu, dostarczanie prezerwatyw osobom używającym narkotyki utrzymującym się z prostytucji. Także programy partyworkerskie. Czemu prowadzenie takich działań jest ważne? Wynikają one z filozofii, że branie narkotyków nie jest czymś nieetycznym, moralnie nagannym.

W Szwajcarii osobom najciężej uzależniony od heroiny państwo daje heroinę, szacowany zysk państwa to 30 euro dziennie na osobę. Spadek sprzedaży heroiny w wyniku tego programu jest szacowany na 70% i jest to znacznie większa ilość niż to, co dostali bezpośredni beneficjenci działań. Podjęcie takich działań wymaga jednak oparcia się na twardych naukowych faktach i politycznej odwagi polityków. Oraz niestety także światłego, myślącego społeczeństwa. A z odważnymi politykami, opierającymi się na faktach oraz światłym elektoratem mamy kłopot.

Wracając do szeroko rozumianej polityki narkotykowej to ma ona jeden ważny element – wprowadzając działania oparte na naukowej wiedzy, czyli jak to się mówi bardziej progresywne wpływamy na postrzeganie problemu przez ludzi i w efekcie zmniejszamy liczbę osób szkodliwie lub ryzykownie sięgających po substancje.

Co jest problemem? Z jednej strony mało środków na ten rodzaj działań, z drugiej dwa ryty, w jakim są prowadzone z trzeciej niska świadomość celu terapii i dostępnych środków.

Aspekt pierwszy prosty, więc nie ma, co go rozwijać. Drugi ciut wiąże się z trzecim, ale ciut tylko. Generalnie działania w obszarze uzależnień prowadzą dwa typy osób, oba w jakiś sposób związane z narkotykami. Z jednej osoby uzależnione w abstynencji lub współuzależnione, które nastawione są na działania prowadzące do abstynencji, postrzegające samo sięganie po narkotyki jak problem a nie objaw. I mające w efekcie tendencje do nawracania na swój sposób myślenia osoby, z którymi pracują. Drugą kategorią są osoby same korzystające z substancji lub „siedzące” w środowisku, które nie mają świadomości tego, czym i jak pracują. Myślę to na przykład o partyworkerach ze Społecznej Inicjatywy Narkopolityki, które nie są w stanie wymagać od siebie standardów, jakie stawia się w pracy babci klozetowej, to znaczy nie bycie pod wpływem i nie picie alkoholu w czasie pracy. Efekty działań są w obu przypadkach przynajmniej nędzne.

Trzeci element to brak świadomości celów i w efekcie postrzeganie redukcji szkód, jako działania raczej szkodzącego niż pomagającego. Celem terapii nie jest abstynencja a poprawa jakości życia. Redukcja szkód poprawia jakość życia.

Powtarzana przez lata w MONARach kasłanka o klientach wyjeżdżających po kilku dniach czy miesiącach z terapii brzmiała „niedogrzany, musi osiągnąć dno”. Powinno się mówić terapeuta do bani, nie potrafił zmotywować człowieka do zmiany. Bo im bardziej uszkodzone życie człowieka tym większa przed nim praca. A co ma do tego redukcja szkód? Bywa, że ratuje życie. Jak człowiek umrze, to dość trudno leczyć go z uzależnienia. Jeśli jest zakażony HIV lub HCV, zdecydowanie utrudnia mu to życie. Im więcej stracił, tym więcej musi odbudowywać. Dobry streetworker jest w stanie okazać wiele ciepła i życzliwości, odczekać na pytanie i podprowadzić klienta do terapeuty. Może także swoistymi działaniami sprawić, że terapia nie będzie potrzebna.

Dobre programy redukcji szkód są niezbędne, wymagają jednak poza środkami ludzi świadomych celów, mechanizmów związanych z używaniem substancji i uzależnieniem. Potrzebny jest, zatem dobry system szkolenia a nie ma go, podobnie jak w przypadku profilaktyki. O kształceniu terapeutów będzie chwila przy okazji pisania o terapii.



08:01, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 stycznia 2018
IDZIE NOWE

Idzie nowe, choć w szerszych kręgach raczej o tym cicho. Z okazji Światowego Dnia Przeciwdziałania AIDS Oko Press poinformowało o planach połączenia w jedną agendę Krajowego Centrum ds. AIDS, PARPy i KBPNu. Pojawia się pytanie o możliwe efekty.

Stworzenie jednolitego systemu zajmowania się uzależnieniami wydaje się być dobrym pomysłem. Jest jednak kilka, ale. Czy dla połączenia tych instytucji w jedną nie jest niezbędne napisanie zupełnie nowych ustaw? Ustawa o wychowaniu w trzeźwości reguluje pracę w obszarze alkoholizmu, Druga o Przeciwdziałaniu narkomanii to, czym zajmuje się KBPN. Czy taki podziała ma sens? Przyczyny są przecież te same. Takie same są mechanizmy czynniki ryzyka i czynniki chroniące. Często efektem „terapii” jest zmiana uzależnienia. I tu oczywista wątpliwość, czy aktualnie tworzący prawo politycy są w stanie stworzyć coś sensownego?

Tym, co może przynieść pozytywne zmiany jest odejście od abstynencji, jako najważniejszego elementu nie objawu. Oddzielenie używania od uzależnienia. W tej chwili lekką ręką stawia się znak równości pomiędzy tym, że ktoś używa i tym, że jest osobą uzależnioną. W efekcie trudno o sensowną politykę redukcji szkód.

Wypowiedzi prominentnych polityków obecnych władz dotyczących choćby depenalizacji posiadania substancji psychoaktywnych nie zostawia wątpliwości – nic nie zmieniło się w stosunku do przekonań poprzedniej ekipy, a jeśli tak to na gorsze. Rządzą uprzedzenia, naukowe dowody potwierdzające, że zmiana podejścia do narkotyków objawiająca się zmniejszeniem restrykcji spowoduje zmniejszenie liczby użytkowników i szkód związanych z używaniem.

Ale politycy wiedzą lepiej, wiedza jest czymś im absolutnie obcym. I jak powtarzają bzdury o bruździe czołowej dzieci urodzonych dzięki In vitro, tak będą powtarzali, że nie mają zgody na przyzwolenie dla handlarzy śmierci, bo w ich pustych rozumkach to diler zaraża dziecko narkomanią.

O co może chodzić w tej małej rewolucji? Powtórzę truizm: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. Na kilku poziomach dzielona jest opłata akcyzowa ze sprzedaży alkoholu. W tej chwili jest, przynajmniej teoretycznie, wydawana na przeciwdziałanie alkoholizmowi i narkomanii. Jest także fundusz hazardowy. Fakt, część jest wydawana zupełnie w sprzeczności z celami, jest także spora grupa firm zarabiających na różnych formach „przeciwdziałania uzależnieniom”, które nie wnoszą niczego do sytuacji, więc są o tyle wartościowe, że chociaż nie szkodzą. Produkowane są plakaty, bezwartościowe zajęcia, za które „fachowiec” bierze grubą forsę, ale w ramach przygotowań do wykładu dzwoni do koleżanki, bo słyszał, że ona zna kogoś, kto zna kogoś, kto się zna na problemie.

Może, więc zbyt wiele się nie zmieni, bo było delikatnie mówiąc średnio? A co to znaczy postaram się opisać w kolejnych wpisach.



10:54, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 grudnia 2017
Z POWODU, W ZWIĄZKU...

Kilka dni temu wyczytałem, że jakaś amerykańska agencja zajmująca się zdrowiem publicznym po raz drugi z rzędu w rocznym oszacowaniu podała krótszy czas przewidywanego życia. Zjawisko to tłumaczy się zwiększeniem liczby zgonów spowodowanych przedawkowaniem syntetycznych opioidów oraz brakiem postępów w walce z chorobami układu krążenia i nowotworami.

Po raz pierwszy używanie narkotyków zostało pokazane tak wyraźnie, jako zagrożenie dla zdrowia publicznego. Na marginesie pojawiło się we mnie pytanie czy nie warto zatrzymać się nad nieco inną kategorią, mianowicie chorobami i zgonami związanymi z używaniem narkotyków. I nie jest to kwestia prosta do zbadania.

W jaki sposób określa się liczbę zgonów związanych z paleniem tytoniu? Ano w długim okresie porównuje się stan zdrowia i śmiertelność w populacji palących i niepalących dbając o ty by czynnikiem zmienności było jedynie palenie bądź nie. W praktyce na przykład w Wielkiej Brytanii porównywano populacje lekarzy rodzinnych.

A gdzie tu problem w przypadku używania narkotyków? Z jednej strony nie jest łatwo znaleźć dostatecznie duże populacje użytkowników niektórych grup narkotyków do porównania. Popatrzmy, nauczyciele nauczania początkowego używający opioidów i ich nieużywający. Czy może (bądźmy otwarci) podobne badania na złodziejach samochodów. W obu przypadkach trudno będzie o jedną z grup.

Pojawia się jednak jeszcze jeden problem. Zastanówmy się nad definicją zgonu w związku z używaniem. Popatrzmy na to przez pryzmat niedawnej tragedii, wypadku w którym zginęły trzy kobiety w Kobyłce. We krwi kierowcy znaleziono ślady marihuany. I tu dwa pytania, czy był pod wpływem, był na zejściu z narkotyku czy jedynie, czas jakiś wcześniej przypalał.

Obrońcy marihuany zakrzyknęli gromko w dyskusji, że jazda pod wpływem jest nawet bezpieczniejsza a są na to dowody naukowe. Raczej naukowe, takie jak na szkodliwość szczepionek i to, że Ziemia jest płaska.

Jakie badania trzeba by przeprowadzić (w Polsce się nie da, bo kasy cieniutko)? Otóż jakie jest prawdopodobieństwo wypadków spowodowanych przez osoby prowadzące pod wpływem. Badam tysiąc osób prowadzących na trzeźwo, tysiąc pod wpływem tego czy owego i porównuję liczbę oraz efekty.

Ale nie jest to jedyne opcja. Otóż pytanie czy nie jest tak, że ważne jest nie tylko fizjologia działa. To by było ciekawe i proste do przeprowadzenia badanie. Pytamy grupę kierowców czy regularnie lub okazjonalnie używa narkotyków. Wyjdzie nam kilka populacji: abstynenci, użytkownicy okazjonalni i regularni, warto także popatrzeć na statystyki w kategoriach czyste narkotyki (tylko marihuana, amfetamina lub alkohol) oraz w miksach. I patrzymy jak w poszczególnych kategoriach z częstotliwością występowania wypadków.

Czemu akurat tak? Bo najważniejszy jest nie fizjologiczny wpływ narkotyku na nas a to jak zmieniają nasz sposób życia, patrzenia na różne rzeczy, na świat, zasady, innych ludzi i na siebie. Takie badanie być może pokazało by ten rodzaj wpływu na użytkowników substancji.

Tak na marginesie jeszcze raz powyzwierzęcam się na oszołomach porównujących liczbę zgonów związanych z paleniem tytoniu z liczbą zgonów spowodowanych przedawkowaniem marihuany. Trochę konsekwencji. Liczba zgonów spowodowanych przedawkowaniem obu tych narkotyków jest taka sama, wynosi zero. Liczna zgonów związanych z paleniem tytoniu jest szacowana i jest to przede wszystkim liczna zgonów na choroby odtytoniowe. Liczba zgonów związanych z paleniem marihuany nie jest znana. Czy do tej liczby należy dodać trzy ofiary z Kobyłki z przyczyn, które opisałem trudno powiedzieć.



19:19, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 grudnia 2017
NAJLEPSZY

Wraca do mnie kilka rzeczy otwartych przez film Najlepszy. Najprawdopodobniej dobry film, którego nie widziałem. Sztuka życia to sztuka wyboru, w tym przypadku postawiłem na inny tytuł – Cicha noc okazałe się strzałem w dziesiątkę. Poza wszystkim będzie także o mnie, czyli będę pisał o ty, na czym nie znam się zupełnie.

Wracając do sceny z filmu, którego nie widziałem, to młody Marek Kotański grany przez niemłodego już Janusza Gajosa w pewnym momencie mówi do Jurka Górskiego „musisz być najlepszy”. To takie nawiązanie do zdania Kotana – żeby wyjść z grzania trzeba być mistrzem świata. Ale od początku.

Kiedy redagowała się pierwsza wersja Odlotu donikąd (zima 1996/97) pani współwydająca to „dzieło” zapytała mnie o przykład osoby, która wyszła z grzania i osiągnęła sukces? Do głowy przyszedł mi właśnie Jerzy Górski. Z tym, że zakończyłem rozmowę zdaniem, że dopiero po śmierci można mieć pewność, że ktoś już nie wróci do grzania.

Nie wiem czy ta scena jest w filmie, była z całą pewnością w życiu. Podczas społeczności na Jarzębinowej, kiedy Górski zaczął się dzielić swoimi maratońskimi planami dostał szybką zgłuchę, że to narkomańskie, że powinien nauczyć się zwyczajnego życia, że to takie mrzonki. Okazało się, że mrzonki to nie były, czy jednak nie było niczego na rzeczy?

Zastanawiałem się czy mógłbym dać, jako przykład jakiemuś pacjentowi życie Górskiego? Gdybym dobrze się zastanowił, to wolałbym jedną z dwóch postaci. Darka albo Janusza Tytmana. Darek, opisany przeze mnie w tekście na bieganie.pl prowadzi spokojne, ale godne życie. Pracuje, żyje w związku, rozwija się. Jest znakomitym przykładem tego jak cieszyć się drobiazgami. Janusz to terapeuta, muzyk, ale także mąż i ojciec. Łączy pracę, znakomitą i profesjonalną, z pasjami, bo poza muzyką jest bieganie z byciem z zdrowej satysfakcjonującej relacji, właściwie relacjach z ludźmi. Obaj panowie mają inne zasoby, więc i inne życie, to, co je łączy to zachowanie proporcji i brak kompulsji. W jednym z wywiadów Górski stwierdza, że sport w jakiś sposób zastępuje mu branie. To, że musi być coś, co zastępuje to objaw, że nie wszystko zostało przepracowane, że coś jest nie tak, coś w życiu uwiera.

I tu wchodzimy w wątek osobisty. A jak jest ze mną? Jak wiele jest we mnie narkomana? Kiedy czternaście lat temu (bez czterech miesięcy) na mojej ostatniej ocenie, z aspirantury, usłyszałem z ust Zielonego, że wreszcie doczekaliśmy się absolwenta z krwi i kości, ale także przez wiele lat później było we mnie wiele narkomańskiego myślenia. Była pogoń za nadzwyczajnością, bycie czymś więcej, robienie czegoś ekstra. Z jednej strony goniłem za czymś, z drugiej uciekałem. Przed własnymi lękami, brakiem wiary w siebie, w to, że jestem w stanie zwyczajnie żyć. Nie potrafiłem budować zdrowych relacji, cieszyć się ze zwyczajnych powszednich chwil. Gnałem.

Teraz powoli zwalniam. Wiem, że w swojej zwyczajności jestem nadzwyczajny i najlepszy. Że jestem taki, jako prosty pan od matmy w zwyczajnej szkole, w codziennym parkowym szuraniu, w słuchaniu chrapania kogoś, kogo kocham.

I nie jest jeszcze tak, że całkiem siebie lubię, ale zaczynam siebie doceniać i cieszyć się zwyczajną spokojną codziennością. Nie muszę gonić lepszego siebie, nie muszę potwierdzać swojej nadzwyczajności. A to znaczy, że gdzieś w cień odsunąłem w sobie narkomana. Potrzebowałem na to półtora roku terapii i trzynaście lat walki po jej ukończeniu. Teraz wystarczy dbać żeby gnój (ten narkoman) siedział tam w kącie i nigdzie nie wyłaził.

A swoim klientom powtarzam, nie „musisz być najlepszy” tylko „zobacz, że jesteś najlepszy, nadzwyczajny, możesz prowadzić zwyczajne dobre życie, wystarczy, że polubisz siebie”.



06:34, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 grudnia 2017
WYSTAWIANIE CUKIERNICY

Czym jest w rzeczywistości współuzależnienie i jak daleko sięgają jego konsekwencje? Jak wreszcie można usuwać jego długofalowe skutki? Czasem zastanawiam się czy przypadkiem nie wciskam osób, z którymi pracuję głębiej we współuzależnienie.

Podobno pan Melibruda w jakiejś swoje publikacji stwierdził, że w momencie, kiedy małżonek wyprowadza się od osoby uzależnionej lub wyprowadza ją kończy się zjawisko współuzależnienia. Doprawdy? To tak jakby stwierdzić, że w momencie, kiedy odstawia się alkohol lub inne narkotyki człowiek przestaje być uzależniony. Moja niegdysiejsza koleżanka z pracy, mimo, że była w abstynencji ze dwadzieścia lat i uważała, że pomaga alkoholikom sama była stuprocentową alkoholiczką, dla rozjaśnienia, osobom po latach pracy nad sobą proponuję określanie siebie mianem neofity. Ale nie w tym rzecz.

Często w czasie jednego z pierwszych spotkań z rodzicem nastoletniego narkomana, szczególnie z matką, proponuję zadbanie o siebie. Argument jest prosty, żeby pomagać dziecku musi mieć Pani siłę a więc musi pani zadbać o siebie. Argumenty są niezbędne, bo takie postawienie sprawy budzi protest – przecież muszę walczyć o życie swojego dziecka, gdzie tu miejsce na spacer czy fryzjera?

I tu pojawia się wzmiankowana refleksja, czy takie postawienie sprawy przypadkiem nie wciska przykładowej mamy silniej we współuzależnienie?

Jednym ze stałych elementów, z których korzystam w trakcie pierwszych spotkań jest manewr z cukiernicą. Na stole stoją kubki z herbatą i cukiernica. Opowiadam o tym jak wygląda system rodzinny, jeśli jest w nim ktoś uzależniony. Ta osoba jest w centrum. Popatrzmy na to jak wygląda dzisiejsze spotkanie. „Jasia” nie ma tutaj, ale cały czas rozmowa koncentruje się na nim. Żeby Jaś przestał brać w sposób toksyczny potrzebna jest zmiana systemu, trzeba go usunąć z centrum, tu odstawiam stojącą na środku cukiernicę.

Czy w takim razie argument, że warto zadbać o siebie ze względu na dziecko, współmałżonka czy kogoś innego, kto jest uzależniony nie jest w takim razie wstawieniem z powrotem cukiernicy do środka?

Pytanie czy jest to jedyny i najważniejszy argument. Czy jest to środek prowadzący do uświadomienia tej osobie, że jest warta troski, uwagi? Bo to jest warunek konieczny rozpoczęcia wychodzenia ze współuzależnienia. Pytanie też, czy ja, jako pomagacz mam świadomość, że warunkiem koniecznym dla usunięcia pierwiastka toksycznego z relacji jest zerwanie go w części „robię to czy tamto z powodu, ze względu”. To trwałe wystawienie cukiernicy z centrum. To trudne.

 



21:15, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 grudnia 2017
AIDS FOBIA

Taka staroć mi się wygrzebała.

Jaki jest stereotypowy obraz osoby żyjącej z HIV? Na ile media, szkoła, książki kształtują ten obraz? W jaki sposób wpływa on na życie ludzi zakażonych?

Całe swoje życie spędzamy w otoczeniu innych ludzi. Jesteśmy skazani na ich przyzwyczajenia, przesądy, czasem zupełnie irracjonalne zachowania i postawy. AIDS jako słabo poznana, a jednocześnie bardzo niebezpieczna, śmiertelna i nieuleczalna choroba, w świadomości większości ludzi jest łączona z narkomanią i homoseksualizmem. Spowodowało to bardzo silną stygmatyzację osób zakażonych HIV i pogłębiło tendencje do ich izolowania.

Zastanówmy się nad stereotypowym obrazem osoby zakażonej. Od razu widać tutaj problem. Tak samo jak w przypadku homoseksualisty nie ma choćby neutralnego słowa na określenie ludzi żyjących z HIV. Każde ze sformułowanie jest albo niewygodne, albo koszmarnie „naukowe”, co dla wielu osób oznacza przemądrzałe bądź negatywne. Kiedy pyta się przeciętnych ludzi kogo dotyczy ta choroba, zdecydowana większość ciągle jeszcze odpowiada, że tylko ćpunów i pedałów (świadomie pozostawiłem tu sformułowania używane przez mówiące to osoby, ponieważ wyraźnie pokazują, jaki jest stosunek do ludzi seropozytywnych). Wynikło to oczywiście z pojęcia grupy zwiększonego ryzyka. ­­Kiedy ustalono takie grupy, przeciętny Polak stwierdził, że się z nimi nie identyfikuje, a nawet uważa, że są to ludzie źli.

Bardzo często w jednym szeregu ustawiani są homoseksualiści, narkomani, pedofile,

prostytutki, złodzieje. Dla przeciętnego człowieka AIDS to choroba, która dotyczy tylko dwóch pierwszych z wymienionych grup, a więc nie jego, tylko osoby moralnie naganne. Tak zaczął się ostracyzm, co ciekawe przede wszystkim ze strony osób nie rozumiejących tego słowa.

Warto przez chwilę zatrzymać się nad sposobem tworzenia negatywnej atmosfery dotyczącej AIDS. Można się tu posłużyć badaniem, jakie przeprowadzili psychologowie angielscy. Polegało ono na poinformowaniu ludzi o szeregu właściwości dwuwodorku tlenu: jest on najważniejszym z gazów cieplarnianych, głównym składnikiem kwaśnych deszczy, podstawowym składnikiem

guzów nowotworowych, jeśli przypadkiem dostanie się do płuc powoduje śmierć, a w postaci roztworu alkoholowego poważnie uszkadza układ nerwowy. Bez mała 80 proc. badanych uznało, że należy wprowadzić przepisy ograniczające wydzielanie się tej substancji do środowiska i wykorzystywania jej w technice. Substancją tą jest woda, widać więc jak preparując w odpowiedni sposób informacje można wpływać na opinię nie do końca wykształconych osób.

Dokładnie w taki sam sposób tworzono przekonanie o tym, że komary mogą przenosić HIV, a prezerwatywa nie zmniejsza ryzyka zakażenia. Kiedy mówimy o nieuleczalnej i śmiertelnej chorobie te informacje wystarczyłyby do wywołania psychozy.

Bardzo często dziennikarze podają niepełne lub wręcz nieprawdziwe informacje o przyczynach, drogach przenoszenia i kosztach leczenia, co powoduje powielanie i wzmacnianie mylnych przekonań. Z czasem powoduje to pogłębianie negatywnych postaw wobec osób żyjących z HIV.

Nietolerancja zwykle zaczyna się od zdecydowanego odseparowania przeciętnego Polaka od środowiska związanego z AIDS. Nie jest on przecie ̋ homoseksualistą, nie używa narkotyków, raczej nie korzysta z usług prostytutek. Nie kontaktuje się z grupami ryzyka, a więc AIDS go nie dotyczy. Wiem, że pojęcie grupy ryzyka nie jest poprawne i powinno mówić się o zachowaniach ryzykownych, ale kilka lat promowania tego pojęcia spowodowało, iż bardzo mocno zapadło w świadomość ludzi. Jest także bardzo wygodne, ponieważ znakomicie oddziela nas od problemu. Bardzo trudno będzie więc je usunąć ze świadomości wielu ludzi.

Teraz drugi krok konstrukcji myślowej: ci wszyscy źli ludzie – narkomani, prostytutki, homoseksualiści – sami podjęli decyzję o autodestrukcji, a AIDS jest karą za winy, grzechy, złe postępowanie. Dlaczego mamy więc ponosić koszty leczenia takich osób, narażać się na ewentualną chorobę przez kontakt z nimi?

Bardzo często rodzice nie życzą sobie, żeby ich dzieci spotykały się z seropozytywnymi rówieśnikami. Uważają, że zakażeni to albo narkomani, albo homoseksualiści. A obie te choroby są przecież zakaźne. Tę fobie najlepiej ilustruje następujące zdarzenie: w jednej ze szkół wychowawczyni zapytała klasę czy zgadzają się na to, żeby razem z nimi uczył sił zakażony HIV kolega (była to klasa VIII). Po godzinnej dyskusji, rozważeniu wszystkich za i przeciw, wszyscy się zgodzili. Nauczycielka podziękowała klasie i stwierdziła, że problem jest na szczęście tylko teoretyczny. Chciała przekonać się jedynie jaka jest ich postawa wobec odmienności. Przez kolejne kilka tygodni dyrektor odbierał telefony rozwścieczonych rodziców, którzy „nie życzą sobie w tej szkole ćpunów i pedałów”.

 I teraz trzecia część schematu stereotypowego myślenia: ONI są chorzy – MY nie. NAM się to z całą pewnością nie przytrafi. ONI są źli i to jest dla NICH kara. Często osoby piszące, mówiące o AIDS starają się pogłębiać ten podział, przez co stają się bezpieczniejsi we własnej świadomości.

Nawet gdyby media dostarczały pełnych informacji o AIDS, przeciętny czytelnik czy telewidz po części wyparłby ze świadomości niewygodne dla siebie fakty, ale wielu rzeczy nie byłby w stanie zrozumieć. Kształcenie w dziedzinie nauk przyrodniczych zupełnie nie przygotowuje do korzystania z publikacji popularnonaukowych i w efekcie wiele dobrych tekstów czyta garstka osób.

Pozostają więc stereotypy tworzone niejako „przy okazji”, kiedy pisze się o czymś innym i zakażeni są tylko przykładem. Ale tak budowane postaci są znacznie trudniejsze do zrozumienia, pojawiają się w świadomości niejako bez naszego udziału. Z czasem po prostu przyzwyczajamy się, że nie ma różnicy między narkomanem, prostytutką, złodziejem, kloszardem i chorym na AIDS.

I to jest właśnie źródło negatywnego nastawienia większości ludzi do środowiska związanego z HIV, AIDS. Najpierw jest strach, bo nigdy nie wiadomo na pewno, bo nawet jeśli w książkach jest napisane, że dotykając kogoś nie można się zakazić, to może jednak jest inaczej? Kiedy w grę wchodzi śmierć, wyobraźnia pracuje bardzo intensywnie. Ale u kogoś kto tylko się boi po jakimś czasie rozum bierze górę nad upiorami.

Gorzej jeśli postawa w stosunku do chorych bierze się z negatywnej oceny moralnej, jeśli dystans budowany jest na poczuciu wyższości, przekonaniu o własnej doskonałości, a zarazem na niezrozumieniu ludzkiej odmienności. Ja jestem lepszy, ja nigdy nie zrobiłbym czegoś takiego, mnie to się nie zdarzy. ONI są winni swojego losu. Niestety dla większości naszych rodaków jest nieważne, że narkomania nierzadko jest skutkiem ucieczki przed samotnością, chłodem rodzinnego domu, a prostytucja to wynik beznadziejności i braku perspektyw. Oni osądzili w mgnieniu oka i wydali wyrok: inny, a więc gorszy. Nie chcemy mieć z nim nic wspólnego. Nie powinien leczyć się za nasze pieniądze. Trzeba chronić siebie i swoje dzieci przed kontaktem z NIMI, bo mogą nas zakazić! A to przecież nieprawda. Nie można nikogo zakazić rozmawiając czy podając dłoń. Nikt nie ucieka w narkotyki ze szczęśliwej rodziny. Tego lepiej jednak nie wiedzieć, bo jeśli będziemy o tym pamiętać, dużo trudniej będzie żyć.

Bardzo trudno określić na ile media, szkoła, kościoły, rodziny kształtują postawy wobec ludzi żyjących z HIV wśród nas. Jedno jest pewne MY WSZYSCY jesteśmy odpowiedzialni za to, żeby ich życie było choćby znośne. To ważne, bo wbrew powszechnej opinii AIDS może się przytrafić każdemu.

A dzięki właściwej postawie wobec osób zakażonych zdajemy najważniejszy życiowy egzamin – z człowieczeństwa.

 

ISSN 1640-2367

Biuletyn Informacyjny Krajowego Centrum ds. AIDS

Nr 3/7 2001

 

13:12, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2017
TU I TERAZ

W jednym z wywiadów z profesorem Zygmuntem Baumanem wyczytałem, że badając to, czym zajmowali się socjologowie w czasie rewolucji przemysłowej w Manchesterze stwierdził, że w miejscu, w którym dokonywała się ogromna socjologiczna zmiana i pracowała światowa czołówka socjologów nikt nie zauważył, że zmienia się nie tylko technologia, zmienia się obraz całego społeczeństwa. Ostatnio zauważyłem symptomy porównywalnych zmian u nas. Na stacji metra Nowy Świat.

Zmiany dzieją się tu i teraz. Na naszych oczach zmianie ulega to jak budowane są relacje. Jak wpłyną one na kształt społeczeństwa? Też chciałbym wiedzieć. Z zainteresowaniem czytałem o tym, że w Chinach zaczyna się tworzyć trzy pasy osobny dla rowerów, osobny dla pieszych i trzeci dla osób ze smart fonami. W jakimś mieście na zachodzie Europy w chodnikach przy przejściach montowane są światła. Wszystko to zabawne i takie odległe.

Jasne pokazuje jak bardzo urządzenia mobilne weszły w nasze życie, jak wiele osób siedzi non stop z nosem w smartfonie. Jasne jadąc komunikacją publiczną czasem robię szybką pobieżną statystykę i wychodzi, że między 50 a 70 procent ludzi jedzie wpatrzonych w niebieskie ekrany, o których śpiewa Coma.

Trafiło mnie przy wysiadaniu z nowej linii metra. Zorientowałem się, dlaczego zielone strzałki pokazujące, w którym kierunku należy się przemieszczać do wyjścia są wmontowane do powierzchnię peronu.

Wróćmy do początku, używanie smartfona powoduje, że wiele rzeczy możemy zyskać, ale i wiele stracić. Smartfon jest dobrym narzędziem, pozwala na kontakt przez różne komunikatory, rozmowę, mogę zrobić zdjęcie i przesłać je, zapisać w pamięci. Mogę od ręki sprawdzić datę bitwy pod Mątwami czy regułę prawej dłoni, trzech palców, bo dwóch palców to nie.

Mogę także zmarnować jakiś czas grając w coś durnego, sprawdzając, co tam na fejsie, insta czy oglądając filmiki. Nie to jednak budzi moje refleksje i wątpliwości.

Co tracimy w związku z komunikowanie się coraz częściej nie twarzą w twarz a poprzez? W badaniu prowadzonym przez profesora Izdebskiego wyszło, że młodzi dorośli, w wieku 17 – 25 lat częściej niż starsi korzystają z płatnego seksu. Uzasadnia to brakiem umiejętności budowania relacji. Możliwe, możliwe także, że zwyczajnie nie czują oni potrzeby bycia w relacji. Wszystko jedno, która z wersji jest prawdziwa, efekt jest taki sam – nie zaspokajamy jednej z [podstawowych potrzeb.

Ale zmian jest więcej. Kontakt od ręki powoduje, że tracimy zdolność samodzielnego przeżywania różnych doświadczeń, tych dobrych i złych. Co jeszcze? Trudno powiedzieć, ale przede wszystkim praktycznie nie da się badać. Do badania wpływu technologii czy substancji potrzeba czasu. Jak zmieni się umiejętność samodzielnego przeżywania doświadczenia w związku z tym, że korzystamy ze smartfona? Trzeba w tym celu obserwować zmiany na przestrzeni, na przykład, pięciu lat. Tyle, że po pięciu latach technologia będzie już zupełnie inna niż w momencie, kiedy rozpoczynaliśmy badania. Trudno, więc o wiarygodne podłużne badania. Pozostały nam spekulacje.

Świat się zmienia, postęp jest zmienną niezależną, nie mamy na niego wpływu. Możemy jedynie oswajać technologię, pozostaje mieć nadzieję, że z lepszym skutkiem niż w czasie rewolucji przemysłowej.



10:21, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 grudnia 2017
REGULACJE

Paweł i Gaweł i tak dalej. W dwóch krajach są prowadzone dwie regulacje dotyczące narkotyków. Te dwa kraje to Polska i Norwegia. W Polsce jest w zasadzie więcej tych regulacji dotyczących różnych narkotyków. Jakie są kierunki zmian?

W Norwegii nastąpiła dekryminalizacja posiadania narkotyków. Ruch sam w sobie wartościowy. Powodem było zwiększanie się liczby osób umierających z powodu używania substancji. Dokładnie, takich, które się tymi narkotykami zatruły. Co mnie uderzyło to postawienie znaku równości w tekście i zapewne w debacie pomiędzy osobami uzależnionymi i używającymi substancje. A przecież większość użytkowników legalnych i nielegalnych narkotyków to nie osoby uzależnione. Takie mówienie o narkotykach zamyka ten problem w obszarze szeroko pojętej patologii i wzmaga narkofobię. A narkofobia zabija.

W Polsce idziemy w innym kierunku. Z jednej strony to dobrze z innej źle. Pierwsza zmiana to nowelizacja przepisów o nielegalnych substancjach, poszerzająca definicję i listę. Osobom tworzącym to prawo dziękuję za nowe narkotyki, które się pojawią i nową falę zgonów. I teraz nikt nie może powiedzieć, że nit o tym nie wiedział. Mieliśmy już kolejne fale dopalaczy, wszystko wydaje się być jasne, ale politycy wiedzą swoje.

Za to inne ograniczenie w dziedzinie używania narkotyków przyjmuję z radością. Chodzi mi tym razem o nowelizację Ustawy O Wychowaniu w Trzeźwości. Szczerze to nie wiem, czemu nikt nie napisze jej od nowa, bo jest tam wiele reliktów PRLu jak czynnik społeczny (GKRPA), której główną rolą jest zapewnianie drobnych dodatków i atrakcyjnych wyjazdów znajomym wójtów, burmistrzów i prezydentów przy nikłej wiedzy i umiejętnościach ich członków. No i jest tam byt już w zasadzie występujący w ilościach śladowych – piwo o zawartości alkoholu do 4,5%. Czemu można w jednym sklepie sprzedawać piwo zawierające 12% alkoholu a nie można wina zawierającego 10% jest dla mnie niejasne.

Zmiana, którą witam z radością to możliwość ograniczenia zakupów w godzinach nocnych. Wiem zwolennicy wolności gospodarczych wyją. Powtarzają, że i tak ktoś będzie sprzedawał na metach i problem pozostanie. Jasne, a czy teraz nie ma met z nielegalnym alkoholem? Oferta się zwiększy, coś jednak zyskamy.

W Łodzi jest więcej, pięć razy więcej punktów sprzedaży alkoholu niż w Norwegii. Mam niejasne wrażenie, że i liczba mieszkańców i rozległość terytorialna Norwegii jest ciut większa. Czemu służy ograniczanie liczby punktów sprzedaży, czyli po ludzku sklepów monopolowych? Utrudnieniu zakupu. A poprzez to utrudnienie zmniejszenie liczby użytkowników i ilości spożywanego alkoholu. A w efekcie zmniejszenie skali szkód. Zdrowotnych, rodzinnych i społecznych. I jeśli na jednej szali kładziemy wolność gospodarczą a na drugiej zdrowie i życie, to nie wiem jak inni, ale ja nie mam wątpliwości.

Czemu w przypadku jednych narkotyków za sensowne uważam dekryminalizację czy choćby depenalizację, czyli zmniejszenie ograniczeń a w przypadku drugiego narkotyku zwiększenie ograniczeń? Bo w przypadku tego drugiego, bardzo powszechnie stosowanego narkotyku, jakim jest alkohol tych ograniczeń właściwie nie ma.



07:33, wojtek_wanat
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12